"Mój HKS": Tomasz Piwowarczyk

Od niemal trzech dekad przemierza Polskę za Hutnikiem, od ekstraklasowych emocji, po czwartoligowe boiska i powrót do drugiej ligi. W setkach podróży i tysiącach stadionowych chwil kryje się jego własna historia  — pełna pasji, lojalności i determinacji. W cyklu „Mój HKS” przedstawiamy Tomasza Piwowarczyka.

Każdy kibic ma swój pierwszy mecz, pierwsze emocje i moment, w którym futbol staje się czymś więcej niż tylko sportem. Dla bohatera tej opowieści „HKS” stał się ważną częścią życia już w połowie lat 90., kiedy mecze śledziło się w gazetach, a ekstraklasowe transmisje były rzadkością. Z biegiem lat przyszedł czas na pierwsze wizyty na stadionie, pierwsze wyjazdy, które zostają w pamięci na zawsze.

Tomasz Piwowarczyk, persona dobrze znana na Suchych Stawach, opowiedział swoją biało-błękitno-niebieską historię. Poznajcie ją!

***

Pierwsza wizyta na stadionie Hutnika?

Poczynania Hutnika śledzę od sezonu 1995/96. Początkowo tylko za pomocą telegazety, dziennika „Tempo”, magazynu „Gol” w TVP i radiowego studia S-13, ale na wiosnę w końcu udało mi się namówić wujka na wyjście na mecz na stadion. Było to spotkanie z tworem o nazwie Sokół Tychy, powstałym w wyniku – popularnej w tamtym czasie – fuzji GKS-u Tychy i Sokoła Pniewy. Coś tam z tego sobotniego meczu pamiętam. Na przykład to, że cieszył się on na tyle dużym zainteresowaniem, że nie mogliśmy wsiąść do trzech tramwajów na Placu Centralnym z powodu przeładowania. Dziś nie do pomyślenia…

Mimo niezłej frekwencji dziwiło mnie to, że doping był dość sporadyczny i często ograniczał się do wymiany „uprzejmości” z przyjezdnymi. Sam mecz nie był najciekawszy, ale wymęczyliśmy zwycięstwo, m.in. dzięki potwornemu „babolowi” stawiającego pierwsze kroki w ekstraklasie Jerzego Dudka. Wygraliśmy 2:0, co pomogło nam potem awansować do europejskich pucharów. Kto by pomyślał, że ówczesny bramkarz Tyszan zagra kiedyś w Liverpoolu, a dla nas sezon pucharowy okaże się ostatnim w ekstraklasie na kolejne dekady…

Najlepszy mecz, jaki widziałem na Suchych Stawach to...?

Choć zahaczyłem o ekstraklasę, byłem na meczu z Monaco, a teraz po latach posuchy znów gramy kilka sezonów na szczeblu centralnym, to bez wahania wskażę czwartoligowy mecz z Orłem Balin z jesieni 2011 roku.

Przypomnijmy kontekst: byliśmy w trakcie drugiego sezonu po przejęciu klubu przez stowarzyszenie Nowy Hutnik 2010. Okrzepliśmy na czwartoligowych arenach i sezon 2011/12 planowaliśmy zakończyć awansem. Początki jednak nie były łatwe — przegraliśmy kilka meczów, a z pracą pożegnał się Krzysztof Przytuła. Stery trenerskie przejął Andrzej Paszkiewicz i jednym z jego pierwszych meczów było właśnie spotkanie z Orłem, który był jednym z rywali w walce o awans.

Kibicowsko mecz potraktowano priorytetowo, choć sam rywal nie był szczególnym magnesem. Trybuna od ulicy Klasztornej wypełniła się szczelnie, pojawiła się kilku-punktowa oprawa, a nasz doping poniósł piłkarzy do bardzo ważnej wygranej. Mecz rozgrywany był wieczorem, przy światłach, transmitowano go na Facebooku — był komentator, studio, goście. Otoczka jak na piąty poziom rozgrywek piętnaście lat temu — kapitalna.

Oczywiście meczów zapadających w pamięć było więcej. Warto wspomnieć dwa pojedynki z Motorem Lublin, oba grane w atmosferze powrotu. W 2019 roku byliśmy świeżo po awansie do III ligi, a mecz z Lublinianami był pierwszym szlagierem sezonu na Suchych Stawach. Frekwencja nie zawiodła, piłkarze też — do przerwy było 5:0 dla nas! Skończyło się 5:3.

Z kolei mecz z Motorem w 2021 roku to powrót kibiców na trybuny po pandemii, do tego pierwsze spotkanie oglądane z nowej trybuny. Nie jestem jej fanem, ale ma jeden plus: murawę widać z bliska, więc obejrzeliśmy bardzo dokładnie świetny mecz Hutnika i wygraną 5:0.

Niezapomniany wyjazd?

Parę ich pamiętam. Zaliczone wyjazdy notuję dość skrupulatnie — aktualnie na liczniku mam 171 meczów Hutnika rozegranych poza gminą Kraków. Burzliwe losy HKS-u z ostatnich dwóch dekad dają kibicom jeżdżącym za klubem możliwość doświadczenia ogromnej różnorodności. Świadczy o tym fakt, że setny wyjazd miałem do Skawiny, a nr 150 do Kołobrzegu.

Ciężko wybrać jeden, przy tak dużym spektrum — w końcu „z Hutnikiem przemierzamy cały świat... od Proszowic aż po Nowy Targ”. Druga liga daje możliwość robienia wycieczek po całej Polsce i świetnie można to połączyć z turystyką: nocleg, zwiedzanie, itp. W ten sposób udało mi się odwiedzić dwukrotnie Kołobrzeg, a także Wrocław, Olsztyn czy Stężycę.

Właśnie mecz z Radunią był okazją do bardzo karkołomnej wyprawy na północ Polski. Na meczu było nas ledwie siedmiu. Jedno auto dotarło w dzień meczu, natomiast ja z kolegą wybraliśmy się dzień wcześniej, zahaczając po drodze o Warszawę, Gdańsk i Gdynię. Na stadion dotarliśmy pierwsi i na początku meczu przeżyłem coś dość abstrakcyjnego: kolega poszedł po napoje na trybunę miejscowych, a ja zostałem sam w sektorze… i akurat nasi strzelili bramkę — ku mojej solowej radości.

Ciekawa była też wyprawa do Starachowic w 2012 roku. W tym czasie byliśmy na reprezentacji w Czarnogórze i do Polski wróciliśmy… pół godziny przed pierwszym gwizdkiem. Szybka decyzja i ruszamy w trasę. Pod stadion Staru dotarliśmy 10 minut przed końcem meczu. I konsternacja: nie chcą nas wpuścić! Tego by było za wiele — meczu Polski nie obejrzeliśmy, ale po krótkich negocjacjach udało się wejść i wyjazd został zaliczony.

Jak wspomniałem — przy Hutniku różnorodność jest ogromna. Fajnie pojechać w ponad 200 osób na nowe stadiony, jak w Sosnowcu, Bielsku-Białej czy Lublinie, albo pociągiem specjalnym do Dębicy, Rzeszowa czy Tarnowa. Ale eskapady na „egzotyczne tereny” jak Wólka Pełkińska, Daleszyce czy Przeworsk też mają swój urok. Czwartoligowe początki to osobny rozdział — każdy, kto wtedy jeździł, ma do tego okresu ogromny sentyment.

Oczywiście najfajniej, gdy meczom towarzyszą emocje sportowe — walka o awans itd. Szampan po wyjazdowym meczu z Osiekiem-Zimnodół w 2012 smakował wybornie, ten trzy lata wcześniej w Iławie już mniej…

Mój ulubiony zawodnik z przeszłości to...?

Tu zadziała podobny schemat, jak przy wyborze meczu. Niby była ekstraklasa, byli reprezentanci Polski… ale jakoś ciężko mi szczególnie miło wspominać zawodników, którzy w tym samym sezonie grali w pucharach i… spadli z ligi.

Na tym tle wyróżnia się Michał Stolarz, który jako nastolatek przebojem wdarł się do ekstraklasowej drużyny, strzelił bramkę z rzutu rożnego w meczu z Sigmą, po spadku został z nami na kilka sezonów w II lidze, a po latach wrócił do Hutnika już w trzeciej lidze. Nadal bywa też widziany na naszych meczach.

Ze współczesnych nasuwa się Krzysztof Świątek, ale nazywanie go po prostu „piłkarzem” czy teraz „trenerem” to mocne niedoszacowanie. To autentyczny Hutnik w czystej postaci, będący częścią klubu od wielu lat.

A więc postawię na Kamila Sobalę. Przyszedł do nas z zewnątrz, a stał się jednym z nas. Utkwiła mi w pamięci jego postawa z meczu z Motorem w 2021 roku. Zaczął na ławce, nie marudził, nie kręcił nosem. Wszedł na drugą połowę i został owacyjnie przywitany. Mimo że wygrywaliśmy wysoko, biegał jak tygrys, zamęczając obrońców rywala. Jego pressing sparaliżował bramkarza gości tak bardzo, że ten… machnął się i puścił do bramki podanie swojego obrońcy. Chwilę później Sobi sam strzelił bramkę i całując herb, podbiegł do naszego sektora.

Cieszę się, że udało się godnie pożegnać Kamila na jednym z meczów po jego odejściu, gdy odwiedził nasz młyn. „Sobi”— jesteś tu zawsze mile widziany!

Bramka, którą pamiętam do dziś?

Zostaję przy Kamilu Sobali — jego gol na 1:0 z Motorem w meczu wygranym 5:3. Byliśmy świeżo po awansie, graliśmy z faworytem ligi, solidną ekipą, z którą nie mierzyliśmy się od kilkunastu lat. Pomyślałem wtedy, że to takie zadośćuczynienie za dwa lata ponownej banicji w IV lidze i wcześniejszy marny okres w III lidze małopolsko-świętokrzyskiej.

Dobrze pamiętam też bramkę Kamila Hula na 3:2 z Granatem Skarżysko-Kamienna z jesieni 2012. Pamiętam ją, choć… jej nie widziałem. Na tym meczu grupa ultras świętowała 10. Urodziny. Były race, świeczki i cała oprawa, a w połączeniu z mgłą widoczność z naszego sektora była zerowa. O bramce dowiedzieliśmy się od spikera — i świętowaliśmy dalej.

Ten sam zawodnik strzelił jedną z dwóch zwycięskich bramek w Sieprawiu kilka miesięcy wcześniej, gdy walczyliśmy o awans. Druga była autorstwa Świętego. Klasyczny wyjazd pod Kraków, ale w fajnym klimacie i z emocjami na boisku.

Niestety pamiętam też bramkę, która… nie padła, a powinna. Mecz z Lechią Gdańsk o utrzymanie w 2000 roku. Mimo wielu okazji bramka gości była jak zaczarowana, co skończyło się spadkiem. Trzy lata po meczach z Legią i Widzewem czekały na nas Niedźwiedź i Proszowianka.

Dlaczego „HKS”?

Urodziłem się w szpitalu na Skarpie, wychowałem na osiedlu Wandy, do szkoły chodziłem na Willowe — innej opcji być nie mogło.

Hutnik znaczy…?

Oj, długo by opowiadać. W skrócie: porządny, autentyczny, krwisty kawał życia.

Kibicowanie klubowi sportowemu czy działanie przy nim często wykracza daleko poza samo śledzenie wyników, oklaskiwanie piłkarzy czy wykonywanie określonych zadań. Z jednej strony budzi to ogromne emocje. Z drugiej — klub sportowy to tak wielowymiarowy byt, że trudno znaleźć dziedzinę życia czy umiejętność, której nie dałoby się z nim powiązać. I działa to w obie strony, bo przy klubie bardzo wiele można się nauczyć.

Pracę dyplomową na UEK-u pisałem na temat: „Doskonalenie organizacji działalności na przykładzie Sportowej Spółki Akcyjnej Hutnik Kraków”. Sam dobrze wiesz, że choćby wolontariusze, którzy z wami współpracują, chcą zdobyć solidny wpis w CV. I dobrze — ja też wpisywałem różne hutnicze aktywności, co później mi się przydało zawodowo.

Oczywiście Hutnik to też po prostu weekendowa odskocznia — emocje, relaks, wyłączenie się po ciężkim tygodniu. A emocji nadal nie brakuje. Stres przy sprawdzaniu wyniku, gdy nie ma mnie na meczu, jest taki sam jak wtedy, gdy w latach 90. odpalałem telegazetę. Nie lubię tego — zwycięstwa i porażki zdecydowanie lepiej znoszę na żywo.

No i przede wszystkim: Hutnik to ludzie. Setki osób poznanych przez te lata — stuprocentowe Hakaesy, na których mogę liczyć nie tylko w sprawach klubowych, ale też w najtrudniejszych życiowych momentach. A tych z biegiem lat uzbierało się trochę… Wiem, że nie idę sam, i z tego miejsca raz jeszcze — dzięki i pozdrawiam.

Co lubię najbardziej podczas wizyt na Ptaszyckiego?

Każdy mecz ma swój urok, ale najbardziej lubię te „na ciśnieniu” — o coś, z ciekawym rywalem. Widać to od razu na trybunach: po frekwencji, nastawieniu, atmosferze. Jest ten dreszczyk dzień przed, rano, potem tuż przed pierwszym gwizdkiem…

Ale i na te „słabsze” staram się chodzić regularnie. A czasem — jeśli czas pozwala — przejdę się, przebiegnę albo przejadę rowerem na mecz drugiej drużyny, juniorów czy sparing. Tak po prostu — żeby poczuć klimat, aurę aktualnej pory roku, pogadać z ludźmi w klubie, poszukać inspiracji do programu meczowego, popatrzeć, jak idą postępy w… rozkładzie stadionu.

Wydarzenie związane z klubem, które utkwiło mi w pamięci?

Z historii najnowszej — na pewno gala z okazji 75-lecia, podczas której miałem zaszczyt otrzymać odznaczenie w kategorii „Przyjaciele Hutnika”. Wielkie wyróżnienie i duma, że mogłem dołożyć „parę słów” do dzieła osób, z którymi stałem na scenie — głównie moich kolegów, którzy tworzyli ten klub przez kilkanaście lat.

Specyficzne i niezbyt przyjemne były wydarzenia okresu pandemii. Nagłe przerwanie rozgrywek, przepychanki o awans, powrót do gry, dostosowywanie obiektu, późniejsze zamykanie stadionów, oglądanie meczów zza płotu… Bardzo specyficzny — i dosłownie chory — okres w naszej historii. Sam awans do II ligi był wtedy równie specyficzny — dowiedzieliśmy się o nim z internetu.

Wszystkie awanse po 2010 roku były w jakiś sposób „okrojone”. Z 2012 roku pamiętamy świetną fetę w centrum Nowej Huty, ale nie zapominajmy, że byliśmy zmuszeni wyprowadzić się z Ptaszyckiego na całą wiosnę z powodu przygotowań do Euro. W 2018 roku awans przypieczętowano w barażach na zamkniętym stadionie w Barcicach. Zawsze coś nie tak.

Gdzie widzę „Dumę Nowej Huty” za 5 lat...?

Dobrze byłoby grać na szczeblu centralnym — w jednej z trzech najwyższych lig, o ile znów czegoś nie zreformują. Tyle lat nauczyło mnie jednak pokory, więc może powiem po prostu: dobrze byłoby grać. Cokolwiek i gdziekolwiek — bo i to nie zawsze było oczywiste.

Czy będzie lepiej niż w pierwszym sezonie mojego chodzenia na mecze? Raczej nie, więc czy to aż taka różnica? Sam nie wiem — więc warto byłoby kiedyś awansować i się przekonać.

Miło by było, gdyby w końcu coś zaczęło się dziać na stadionie. O obiekcie z przedwyborczych wizualizacji nie marzę, ale to skandal, że dysponujemy obiektem o niższym standardzie, niż mieliśmy 15 lat temu. Wtedy też nie było szału, ale przynajmniej było światło i porządna akustyka. Na cuda nie ma co liczyć, aczkolwiek jeśli na osiemdziesięciolecie klubu zagramy u siebie, tak jak to było w przypadku mojego pierwszego meczu, z GKS-em Tychy, przy trzytysięcznej publice "zasiadającej" na porządnej, stromej i zadaszonej trybunie - ale tym razem koniecznie o 19:50 - będzie to oznaczało, że poszliśmy w dobrym kierunku.

Wstecz